Strona startowa

Wiadomości - Aktualności

Zabrali na roboty do Niemiec - tragiczny los Michała Kwika

Dodał: red Data: 2021-01-01 13:15:48 (czytane: 3128)

Michał Kwik został w czasie II wojny światowej wywieziony ze wsi Różaniec na roboty przymusowe do Niemiec. Rodzina przez dziesiątki lat po wojnie starała się go odnaleźć.

P.W. EKO-SYSTEM - JAN LESIAK
www.ekosystem-lesiak.pl,Roboty wodnokanalizacyjne, drogowe, ogólnobudowlane,  Niwelacje terenu, fundamenty, Wynajem sprzętu budowlanego, Doradztwo w zakresie przepisów ochrony środowiska, oczyszczalnie przydomowe, oceny środowiskowe

Szozdy 11. 23-407 , Tereszpol



Reklama.

Wraz z zajęciem zachodnich ziem Polski w 1939 roku przez hitlerowskie Niemcy, nastąpiła na szeroką skalę eksploatacja siły roboczej. Niemieckie władze okupacyjne prowadziły przymusowe deportacje Polaków do pracy na terenie III Rzeszy. Wywózki miały charakter skrzętnie zaplanowanych i realizowanych akcji. Według rozporządzenia Hansa Franka powszechnemu obowiązkowi pracy podlegali dorośli, a także młodzież od 14 roku życia. Urzędy pracy (Arbeitamt) wysyłały tysiące ludzi do niewolniczej pracy u Niemców, najpierw w rolnictwie, a później także w przemyśle. W 1943 roku do przymusowej pracy w Trzeciej Rzeszy brutalnie zabrano kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców Zamojszczyzny. Wiele osób trafiło „na roboty” w skutek prowadzonych przez niemieckiego okupanta akcji eksterminacyjnych, pacyfikowania i wysiedlania wsi.

Na terenie Generalnego Gubernatorstwa przez cały okres okupacji Niemcy prowadzili agitację za dobrowolnym wyjazdem do pracy w Rzeszy. Jednak mimo ogromnej propagandy akcja ta nie powiodła się z powodu zdecydowanego oporu polskiego społeczeństwa. Wobec tego urzędy pracy (Arbeitamt) prowadziły rekrutację przymusową, która przybrała formę łapanek, imiennych list osób kierowanych do pracy i nakładania kontyngentów. Służył temu silny aparat administracyjny w terenie. Na Zamojszczyźnie pierwszy Arbeitamt powołano w Zamościu, a już w listopadzie 1940 roku powstał oddział w Biłgoraju. Natomiast na początku 1941 roku powstały tak zwane punkty pomocnicze urzędów pracy (Stutpunkte), między innymi w Tarnogrodzie.

Wójtowi Tarnogrodu przesyłano plakaty do zawieszenia w miejscach publicznych i ulotki, które  kazano zanosić do każdego domu w gminie. Chętnym którzy zarejestrowali się w Stutpunkte wypłacano nawet zasiłek około 12 zł tygodniowo, przez pewien okres. Był to podstępny zabieg, aby zewidencjonować pracowników w perspektywie wywózki do Rzeszy. Wiosną 1940 roku wójtowie i sołtysi zostali zobowiązani do sporządzania imiennych wykazów młodych ludzi zdolnych do pracy. Na podstawie tych list Arbeitamt wysyłał imienne wezwania do stawienia się w określonym terminie. Każdy kto nie zgłosił się dobrowolne był doprowadzany siłą przez żandarmerię. W 1942 roku biłgorajskie władze okupacyjne obarczyły wójtów i sołtysów odpowiedzialnością karną za niedostarczenie nakazów pracy i niestawienie się wskazanych osób w punkcie zbornym.

Jednym z takich przymusowych robotników był Michał Kwik ze wsi Różaniec w gminie Tarnogród. W momencie wybuchu II wojny światowej miał 17 lat i pracował razem z siostrami w gospodarstwie rolnym swoich rodziców. Był silnym, zdrowym i przystojnym młodym mężczyzną. Najprawdopodobniej dlatego bardzo szybko jego nazwisko znalazło się na liście biłgorajskiego Arbeitamtu. Wkrótce sołtys Różańca, roznoszący po wsi nakazy pracy w III Rzeszy, dostarczył wezwanie także dla Michała Kwika. Ludzie we wsi w takiej sytuacji mówili między sobą: „Zabrali na roboty do Niemiec”. Chłopak opuszczał rodzinny dom i jechał do obcych ludzi z wrogiego kraju. Nie znał języka i zupełnie nie miał pojęcia, jak okrutnie obejdzie się z nim los. Zanim dotarł do Aulzhausen (w Bawarii), gdzie pracował najdłużej, był w jeszcze innym miejscu w Niemczech. Został tam dotkliwie pobity lub uległ ciężkiemu wypadkowi przy pracy. Kwik nadal mógł pracować, ale doznał trwałych obrażeń (być może uraz głowy?), które miały wpływ na jego dziwne zachowanie.

Losy przymusowych robotników z okupowanych krajów Niemieckiej III Rzeszy były tragiczne. Zarządzenia niemieckie szczególnie dyskryminowały Polaków. Nie zawierano z nimi żadnych umów i nie chroniło ich żadne prawo, w rzeczywistości byli niewolnikami. Polak nie miał możliwośći wyboru ani zmiany miejsca pracy. Praca w rolnictwie odbywała się od wczesnych godzin porannych do późnego wieczora, także w niedziele i święta. Niemieccy pracodawcy nie dbali o ochronę zdrowia ani życia robotników. Polscy robotnicy byli dodatkowo stygmatyzowani – musieli nosić naszytą na ubranie literę "P". Mieli zakaz opuszczania miejsca zamieszkania bez urzędowej przepustki. Nie wolno im było przebywać w miejscach publicznych i uczestniczyć w wydarzeniach kulturalnych. Nie mogli zawierać związków małżeńskich ani chodzić do kościoła. Za wszelkie naruszenia prawa byli karani chłostą, grzywną, więzieniem i zesłaniem do obozów koncentacycyjnych.

W bawarskiej wiosce Aulzhausen (powiat Aichach-Friedberg) francuscy i polscy robotnicy przymusowi pracowali przeważnie w rolnictwie. Ich sytuacja była o tyle lepsza, że nie było w tej wsi zagorzałych zwolenników Hitlera. Rozporządzenia regulujące niewolniczą pracę i ideologiczne zastrzeżenia nie miały dla niemieckich rolników większego znaczenia, o ile cudzoziemcy zadowalająco wykonywali wyznaczoną pracę. Polacy byli poza tym uważani przez bawarczyków za „dobrych katolików”. Michał Kwik przybył do Aulzhausen w 1942 roku i było to jego kolejne miejsce przymusowej pracy. Przydzielony został jako robotnik do gospodarstwa o nazwie „Eigala”, rolnikowi Josefowi Mayrowi. Wkrótce Mayer przekonał się że dostał porządnego robotnika i był z Kwika bardzo zadowolony. Dwudziestolatek był niezwykle silny a niemcy mówili o nim „bärenstarker”, czyli silny jak niedźwiedź. Niestety bardzo dręczyła go tęsknota za domem. Frustrację potęgowały skutki urazu jakiego doznał w poprzedniej pracy. Jego dziwne zachowanie sprawiało, że był obiektem drwin i często wyśmiewany. Michał często grał w karty z innymi niewolniczymi robotnikami w pomieszczeniach dla parobków. Nierzadko przez swoje upośledzenie był oszukiwany podczas gry, więc bardzo się denerwował.

W jedną z grudniowych niedziel 1943 roku Michał wdał się w sprzeczkę z kilkoma innymi Polakami w  pomieszczeniu parobków wiejskiej gospody w Aulzhausen. Zirytowany i niezadowolony wyszedł z gospody i  wrócił do gospodarstwa „Eigala”. Nieporozumienie  wśród polskich robotników przymusowych obserwowali dwaj młodzi chłopcy ze wsi, dziesięcioletni Eduard i około dwudziestoletni Xaver W., żołnierz Wehrmachtu, który był wtedy w domu na przepustce. Niedługo potem zajazd opuścili dwaj młodzi Niemcy i poszli za Michałem. Gdy Polak zajmował się odśnieżaniem w gospodarstwie Mayera, tamci dwaj wyzwali lub sprowokowali Michała do bitwy na śnieżki, ale rzucali w niego oblepionymi śniegiem kamieniami. Zaatakowany postanowił się bronić, wbiegł do stajni i chwycił widły. Rozwścieczony stracił panowanie nad sobą i ruszył na napastników z widłami. W wyniku tej potyczki Xavier został draśnięty w ramię, a jego  mundur był w kilku miejscach przedarty. Potem obaj chłopaki opuścili gospodarstwo. Jednak Xavier W. zameldował o tym zdarzeniu w koszarach wojskowych w Augsburgu, gdzie wówczas stacjonował (Xavier W. nigdy nie wrócił do domu z wojny.) Było tylko kwestią czasu kiedy polski robotnik zostanie aresztowany.

krzyz_roboty_przymusowe_niemcy.jpg

Dwa dni później miejscowi funkcjonariusze policji w Affingen przyszli aresztować Kwika. Michał rąbał wtedy drewno, opierał się i zagroził policjantom siekierą, dlatego musieli się wycofać. Kolejnego dnia policja z pomocą kilku mężczyzn z Aulzhausen otoczyli stodołę, w której schronił się Michał. Przeszukano stodołę, ale nigdzie go nie znaleziono, ponieważ dobrze się ukrył na strychu w sianie. Następnie policjanci uknuli podstęp i zmusili młodą polską robotnicę, która również pracowała dla Mayra, aby wywabiła Michała ze stodoły. Wieczorem dziewczyna weszła do stodoły wołając Michała, żeby wyszedł, bo policja już sobie poszła. Oszukała go a on jej zaufał. Kiedy chłopak wyczołgał się z kryjówki, miejscowy nadzorca chwycił go za gradło. Polak schwytany na postronek próbował uciekać i miotał się na wszystkie strony, ale nie miał już żadnych szans. Michał Kwik został aresztowany i wywieziony do obozu koncentracyjnego w Moosburgu, gdzie pracował ponad ludzkie siły o chlebie i wodzie.

Dwa miesiące później 7 lutego 1944 roku do Aulzhausen przyjechały dwa samochody gestapo. Przywieziono w nich Michała i dwóch innych więźniów obozu koncentracyjnego. Mieszkańcy Aulzhausen z przerażeniem patrzyli na Michała, którego pamiętali jako pełnego sił młodego człowieka. Całe jego ciało pokrywały zielono-fioletowe sińce. Wycieńczająca praca w obozie, bicie i głód zmieniły go nie do poznania. Michał miał związane ręce, a gestapowcy bili go i popychali kierując się w stronę lasu. Sam musiał wykopać sobie grób, a pewien stolarz z Aulzhausen na polecenie SS zbił dla niego prostą trumnę z desek. Mężczyźni postawili Michała Kwika na podeście, więźniowie obozu koncentracyjnego założyli mu pętlę na szyję i wyciągnęli podest spod jego nóg. Nie wyglądało to na zwykłą egzekucję, lecz spektakl według scenariusza esesmanów, któremu wszyscy polscy robotnicy przymusowi z najbliższej okolicy musieli się przyglądać. Kara śmierci wykonana na młodym Polaku wstrząsnęła nie tylko przymusowymi robotnikami, ale całą społecznością wioski Aulzhausen. Poruszyła również rolnika Josefa Mayra u którego  nieszczęśnik pracował, bo widział w nim porządnego człowieka. Nikt się nie spodziewał, że błacha szarpanina między chłopakami spowoduje taką tragedię. Michała Kwika pochowano za kościołem na cmentarzu w Aulzhausen bez żadnej ceremonii i nie postawiono mu krzyża ani nagrobka. Przez wiele dni szpiedzy gestapo sprawdzali grób, aby nie składano na nim kwiatów. Od chwili zgonu niszczono także pamięć o zabitym. Ówczesny proboszcz nie wpisywał Polaków do kościelnego rejestru zgonów. Jedynie Burmistrz odnotował nazwisko i datę w aktach gminy, ale nie podał przyczyny śmierci.

Wieści o losach Michała Kwika wyczekiwali w rodzinnej wsi w Różańcu jego najbliżsi, ale ślad po nim zaginął. Ojciec nie dożył końca niemieckiej okupacji, a matka razem z jego młodszymi siostrami musiała wyjechać po wojnie na „ziemie odzyskane” i osiedliła się w (gm. Łobez) okolicach Szczecina. Siostry Hanna i Maria przez dziesiątki lat poszukiwały brata za pośrednictwem PCK, jednak ich starania nie przyniosły upragnionego rezultatu. Wreszcie niespodziewanie na początku lat 90 XX wieku dotarła do nich wiadomość od jednego z mieszkańców Aulzhausen. Był nim Johannes Grabler, który historię o zbrodni popełnionej na Polaku zesłanym na przymusowe roboty do hitlerowskich Niemiec, usłyszał w jeszcze w dzieciństwie. Jako dorosły człowiek odszukał rodzinę polskiego robotnika, a na jego zapomnianym i zaniedbanym grobie ustawił krzyż i tablicę z napisem: „Zum Gedenken an MICHAŁ KWIK (polnischer Zwangsarbeiter); 28.9.1922 in Różaniec; Hingerichtet als Opfer des Nationalizmus am 7.2.1944 in Aulzhausen”. Gdy obie siostry przyjechały w czerwcu 1994 roku do Aulzhausen, mogły ze spokojem złożyć kwiaty i zapalić znicze na mogile swojego brata.
Grabler postanowił ponadto odkryć całą prawdę o tragicznym losie Michała Kwika, bez żadnych niedomówień. Niestety ani w Archiwum Państwowym w Monachium, ani w aktach starostwa w Aichach nie znalazł żadnych śladów. Za punkt wyjścia posłużył mu krótki wpis w gminnym rejestrze zgonów. Niemiecki student o zacięciu historycznym, odnalazł więc świadków zdarzenia i skrupulatnie spisał ich relacje. Doszukiwanie się prawdy w najciemniejszym zakamarku niemieckiej historii, a do tego w niewielkiej wiosce  Aulzhausen, wymagało od niego niewątpliwie olbrzymiego taktu. Jak się okazało większość ludzi była pozytywnie nastawiona do jego poszukiwań. Wyniki swoich dociekań Gabler zamieścił w pracy seminaryjnej, która została opublikowana. Jednak w publikacji nie ujawnił prawdziwych nazwisk osób uwikłanych w śmierć Michała Kwika, nawet inicjały zamieszczone w opracowaniu nie są zgodne z prawdziwymi nazwiskami mieszkańców Aulzhausen.

Staraniem Johanesa Grablera w 1994 roku doszło także do symbolicznego gestu pojednania niemiecko-polskiego, pomiędzy społecznością wioski Aulzhusen i siostrami Michała Kwika (zam. w gm. Łobez), które przyjechały na zaproszenie gminy Affing, aby nawiedzić grób brata. Natomiast 7 maja 1997 roku władze Affing i przedstawiciele miasta Łobez podpisali akt partnerstwa i współpracy. W ramach partnerstwa między obiema gminami odbyło się od tego czasu wiele spotkań zarówno kulturalnych, jak i sportowych.

/Piotr Kupczak/

Tagi: piotr kupczak   michał kwik   historia   ii wojna światowa

Zobacz także

Uczeń I LO im. ONZ zwycięzcą etapu okręgowego Olimpiady Geograficznej

Dodane: 2021-02-27 11:39 - Komentarze  (0)  czytane (956)

TAGI: i lo im. onz w biłgoraju, oświata biłgoraj, olimpiada geograficzna, umcs lublin



Komentarze (6)

Uwaga: Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Za wypowiedzi naruszające prawo lub chronione prawem dobra osób trzecich grozi odpowiedzialność karna lub cywilna. IP Twojego komputera: 3.237.71.247

Mateusz (2021-01-07 11:47:01)

Cialo nieszczesnika musialo zostac po egzekucji z grobu ktory dla siebie sam wykopal ekshumowane i pochowane za kosciolem...zgadza sie?

(2021-01-02 23:12:03)

Tekstów nt. pacyfikacji Zamojszczyzny i o losach Polaków wywiezionych na roboty przymusowe do III Rzeszy Niemieckiej jest sporo. Najcenniejsze są te napisane przez uczestników tychże wydarzeń.

Co się dziwić (2021-01-02 20:06:39)

Niemcy są potęgą gospodarczą. Każdy mając przyłożony pistolet do głowy pracowałby za darmo. Wszyscy się podniecają samochodami bmw ale prawda jest taka, że ta marka stała na skraju bankructwa. Potężny kontrakt rządowy na budowę silników samolotowych postawił firmę na nogi. Kontrakt ten był możliwy dzięki wybuchowi 2 wojny światowej. Man produkował silniki czołgowe a siemens i bosh systemy nawigacyjne i elektroniczne. Podniecajcie się dalej niemieckimi markami, które zostały ochrzczone krwią ludzi zmuszonych do pracy w niemczech.

(2021-01-02 15:51:27)

Rzekoma pandemia dla masonerii (tej we władzach państwa i Kościoła) stała się pretekstem do zamykania kościołów. W marcu ubiegłego roku ofiarą takich masońskich restrykcji padło sanktuarium w Lourdes. Jest w tym pewna chora logika – w Lourdes Matka Boska uzdrawia – by tego nie robiła i nie zniechęcała tym ludzi do przestrzegania lockdownu i szczepień (nieprzebadanymi mutagenami, które mogą doprowadzić do bezpłodności albo śmierci w wyniku chorób autoimmunologicznych), władze (zdominowane od kilku wieków we Francji przez masonerię) sanktuarium zamknęły.

(2021-01-02 15:31:26)

Bardzo ciekawie napisany artykuł. Autor zadał sobie wiele trudu, aby opowiedzieć i opisać te tragiczne wydarzenia zgodnie z prawdą historyczną. Dzięki takim ludziom pamięć o historii nigdy nie zginie.

(2020-12-30 12:33:22)

Podobnych historii jest niestety mnóstwo, dramatów tysięcy ludzi z naszych terenów, często naszych bliskich ( naszych rodziców, dziadków, pradziadków) wysiedlonych i wywiezionych w bydlęcych wagonach na roboty przymusowe do hitlerowskich Niemiec. Niektórzy zginęli w czasie pacyfiłykacji , ci którzy wrócili często w złym stanie zdrowotnycm, z traumatycznymi wspomnieniami. Ale też zdarzały się nietypowe historie, kiedy miłość połączyła chłopca z naszego terenu z młodą Niemką , pobrali się i on już nie wrócił do Polski, czasem przyjeżdżał z bliskimi do rodziny na święta.

Dodaj komentarz

UWAGA!
Formularz dodawania komentarzy wymaga włączenia obsługi plikow cookies (ciasteczek), zapisywanych
i odczytywanych z Twojego urządzenia - jeśli chcesz dodać komentarz, włącz ciasteczka, odśwież stronę i spróbuj ponownie...


więcej

Kursy językowe

więcej

Kursy prawa jazdy

więcej

Kursy i szkolenia

Ogłoszenia