Drodzy Bracia: upadnijcie na twarz wobec wielkości Sakramentu, jaki macie dziś otrzymać. Jan Paweł II, 9 czerwca 1987 Lublin. Fragment homilii do neoprezbiterów."/>

Strona startowa

Wiadomości - Aktualności

Z dziennika duszy

Dodał: Ewa Data: 2008-10-16 15:53:11 (czytane: 1739)

Papie__.jpg
Drodzy Bracia: upadnijcie na twarz wobec wielkości Sakramentu, jaki macie dziś otrzymać. Jan Paweł II, 9 czerwca 1987 Lublin. Fragment homilii do neoprezbiterów.

P.W. EKO-SYSTEM - JAN LESIAK
www.ekosystem-lesiak.pl,Roboty wodnokanalizacyjne, drogowe, ogólnobudowlane,  Niwelacje terenu, fundamenty, Wynajem sprzętu budowlanego, Doradztwo w zakresie przepisów ochrony środowiska, oczyszczalnie przydomowe, oceny środowiskowe

Szozdy 11. 23-407 , Tereszpol

Biuro Geodezyjne s.c. A. Myszkowiak, J. Piechota
www.biuro-geodezyjne.com.pl,geodezja, biuro geodezyjne, dom, Biłgoraj, pomiary, pomiary geodezyjne, grunty, doradztwo, mapy geodezyjne, rozgraniczanie nieruchomości,

Plac Wolności 8. 23-400, Biłgoraj



Chciałbym podzielić się wspomnieniami z wydarzenia święceń kapłańskich, których Jan Paweł II udzielił pięćdziesięciu diakonom z całej Polski podczas liturgii Mszy św. na Czubach w Lublinie, w czerwcu 1987 r. Jednak nie sposób wspominać tamtych dni święceń kapłańskich nie biorąc pod uwagę właśnie tego, co się wydarzyło w przeciągu ostatnich dwudziestu jeden lat. Będzie to jednak nie tyle reportaż, co raczej dzieje duszy. Każda z „odsłon” będzie dotyczyła jakiegoś spotkania z osobą Jana Pawła II. Chronologiczne następstwo faktów nie ma tu znaczenia. Chcę wyjść od wydarzenia najważniejszego dla mnie. Dlatego najpierw opiszę święcenia kapłańskie, następnie... wydarzenia, które poprzedziły dzień święceń, a ostatnie dwie odsłony będą dotyczyć wydarzeń po moich święceniach kapłańskich. Niech P.T. Czytelnik wybaczy mi ten chronologiczny „nieład”.

Odsłona pierwsza...
Najważniejszym dla mnie wydarzeniem z całego szeregu faktów, spotkań i obrazów był gest nałożenia rąk przez Jana Pawła II, poprzez który udzielił mi On sakramentu kapłaństwa. Gest pełen znaczenia, gdyż oznacza on namaszczenie Duchem Świętym i przekazanie władzy sakramentu święceń i charyzmatu kapłańskiego. Nie chodzi tu o władzę zewnętrzną, lecz o uzdolnienie do działania w mocy Chrystusa i na Jego wzór. Od tamtego momentu zacząłem żyć innym życiem, mocno poczułem jak Duch Święty mną potrząsnął, jak udzielił mi nowego stanu ducha, jak zaczął mnie prowadzić… Ewidentnym znakiem od Pana był dar radości, który trwa we mnie od tamtej chwili przez dwadzieścia jeden lat nieprzerwanie. Myślałem, że ten wewnętrzny stan błogości i szczęścia zniknie w momencie, gdy skończą się prymicje i trzeba będzie wejść w realia życia. Nic podobnego. Powoli dochodziła do mnie świadomość, że Pan nie tylko mi dał przez swego świętego Sługę Jana Pawła II moc kapłańskiego jednania, głoszenia słowa, składania zbawczej Ofiary, ale że również mnie samego „przystosował”. Od wielu mądrych profesorów i katechetów nasłuchałem się o skuteczności łaski Bożej w człowieku, ale to było dla mnie abstrakcyjne, aż do dnia święceń kapłańskich, do 9 czerwca 1987...
Sam śpiew litanii do Wszystkich Świętych, gdy leżeliśmy u podstaw ołtarza przed schodami prowadzącymi do góry, był czasem przejmującym. Litania była dla mnie jakby procesją tych wielkich świętych, których żywoty znałem od dzieciństwa. Było to możliwe dzięki temu, że przyjaciółka naszego domu, tercjarka trzeciego zakonu św. Franciszka z Krasnobrodu, pani Józefa Dworniczak przychodziła pomagać bawić dzieci i przy okazji czytała księgę Żywotów Świętych. Ja byłem malcem, gdy ona odeszła do Pana, ale zostawiła swój ślad w postaci tej księgi. Po niej przejął to zadanie mój ojciec Jan, który wieczorami po pracy siadał z nami i czytywał żywoty świętych, albo jakieś opowiadanie czy powieść z literatury polskiej. Mama wówczas gotując kolację przysłuchiwała się (dom był jednoizbowy), a w niedzielę to ona czytała na głos wybrane artykuły z „Przewodnika Katolickiego”, pisma katolickiego, które wówczas jako jedyne docierało do naszej parafii. Dlatego, kiedy śpiewano litanię do wszystkich świętych, a ja miałem głowę ukrytą w dłoniach, leżąc na ziemi, w mojej wyobraźni przesuwała się procesja postaci świętych, z których każdemu moja wyobraźnia przypisała jakiś portret, zgodny z jego charakterystyką i osobowością. Najbardziej jednak prosiłem moich dwóch patronów św. Krzysztofa i św. Antoniego Padewskiego (imiona chrzcielne), o to, by wyprosili mi łaskę wiernego trwania przy Chrystusie. Byłem z  nimi zżyty od pierwszych lat dzieciństwa poprzez modlitwę. Moi rodzice, Regina i Jan, mieli szczególną cześć do św. Antoniego, co roku bywali 13 czerwca na odpuście w sanktuarium w Radecznicy (ok. 30 km od Zamościa), jedynym miejscu objawień Świętego w Polsce. Gdy się urodziłem jako ósme dziecko w rodzinie (tylko piątka z nas przeżyła), rodzice postanowili (jak potem mi wyjaśniali) dać mi dwóch „mocnych” opiekunów: Krzysztofa przedstawianego jak niesie na barkach Jezusa i Antoniego wyobrażonego z małym Jezusem na ramieniu.  Rodzice ukazywali mi Krzysztofa jako człowieka mocnego i mężnego, który jednak chciał być sługą Chrystusa, a Antoniego jako człowieka uczonego i mądrego, mającego dar pięknej wymowy. Pedagogia moich rodziców była prosta: dziecko powinno się wzorować na świętych, którzy z kolei naśladowali całym życiem Jezusa. A więc święty to dróżka ku Chrystusowi… Właśnie m.in. dzięki kultowi świętych katolicyzm nie jest religią abstrakcyjnych idei, ale żywych osób, które przez swe postępowanie upodobnili się do swego wzoru: Jezusa. Osoba każdej świętej i każdego świętego, jest żywą księgą i ilustracją tego, jak Ewangelia Jezusa w sposób praktyczny uczyniła pięknym ludzkie życie. Kościół wierzy, ze Bóg który jest miłością nie zatrzymuje swoich darów dla siebie, lecz zlewa je nieustannie na ludzi. Kult świętych nie zasłania chwały Boga, lecz ją podkreśla. Chwałą Boga są Jego święci. Wiele razy robiono zarzut Janowi Pawłowi II, że kanonizuje zbyt wiele osób, ale On żył głębią doświadczenia, że Kościół to communio sanctorum.  
Pamiętam nie tylko jak się modliłem, ale i o co się modliłem, gdy leżałem na świeżych sosnowych deskach ołtarza celebry papieskiej na Czubach w Lublinie, a zgromadzony miejscowy Kościół śpiewał litanię do Wszystkich Świętych, wzywając ich wstawiennictwa i wielbiąc Boga Trójjedynego za cud ich życia. Tak się szczęśliwie złożyło, że na swojej drodze życiowej spotkałem dość wcześnie nauczycieli modlitwy. M.in. o. Czesław Domański, bernardyn, którego pamiętam z czasu szkoły średniej, był dla mnie wzorem w tym względzie, gdyż modlił się z takim oddaniem i zaufaniem, jakby chciał  żeby Pan Bóg wziął go na swoje ramiona jak niemowlę. Tyle było spokoju w nim podczas modlitwy, jak u dziecka przytulonego do serca przez matkę. Potem o. Józef Bakalarz, dominikanin; jeszcze u początku mojej nauki w Liceum uczył mnie, że po pierwsze: modlić się trzeba ufając całkowicie Chrystusowi, wierząc mu że On jest w stanie udzielić wszystkiego co mi potrzeba; po drugie, że  trzeba się modlić o to czego człowiekowi naprawdę potrzeba, a co odczuwa jako zasadniczy brak egzystencjalny; a po trzecie: trzeba się modlić wytrwale nie wyznaczając Panu Bogu terminów, czyli trzeba się modlić aż do momentu, kiedy ten dar otrzymamy. Przez kilka dobrych lat modliłem się o dar radości (brakowało mi tego daru), o dar kapłaństwa i dar dobrego duchowego przygotowania do niego,  o dar wiedzy i rozeznania oraz o dar prowadzenia przez Ducha Świętego, abym nie zawiódł Chrystusa i ludzi. Na dzień przed święceniami spotkałem w Seminarium Archidiecezji w Lubaczowie (siedziba Seminarium była przy ul. Orzechowskiego 10 w Lublinie) pewnego polskiego księdza (którego imienia nie pamiętam) z Ukrainy. On kiedy się dowiedział, że to ja właśnie będę święcony następnego dnia, poradził mi abym szczególnie modlił się o dary Ducha Świętego potrzebne w kapłaństwie, przede wszystkim o dar słowa, a zwłaszcza słowa prorockiego. Wyjaśnił mi, że podczas święceń Duch Święty działa szczególnie mocno i usprawnia ludzi wewnętrznie do takiego czy innego działania, i że dar słowa prorockiego oznacza zdolność słyszenia Boga, przekazywania jego woli słuchaczom i przemawiania bezpośrednio do serca. Ja akurat byłem po tygodniowych rekolekcjach i nocnym czuwaniu w wigilię niedzieli Zesłania Ducha Świętego, więc byłem zdumiony tym, że kolejna osoba mi mówi o tak niezwykłej roli Trzeciej Osoby Boskiej, dzięki Której człowiek wierzący wchodzi w niezwykle bliską, wręcz intymną relację z Bogiem. Można powiedzieć – na sposób biblijny - że to „wszystko zachowywałem w swoim sercu”, gdyż zrozumienie istoty tych wydarzeń przyszło dopiero później.

Odsłona druga...
Miejsce: Seminarium Archidiecezji w Lubaczowie z siedzibą w Lublinie
Chciałbym wrócić jeszcze do jednego wydarzenia sprzed święceń. Od września 1986 roku trwały przygotowania duchowe w polskich diecezjach do II Kongresu Eucharystycznego. Episkopat Polski zalecił program przygotowań na cały okres, aż do przyjazdu Jana Pawła II, wyznaczając na każdy miesiąc szczegółowy temat do rozważenia i pogłębienia na katechezach i podczas nauk związanych z nabożeństwem eucharystycznym. Tematem tego Kongresu były słowa św. Jana „Do końca ich umiłował”. Będąc w tamtym czasie alumnem, miałem szczęście wysłuchać wielu pouczających nauk i konferencji w trakcie comiesięcznych tzw. dni skupienia. Pamiętam dobrze, że wizja przybycia namiestnika Chrystusowego do Lublina napawała nas wielkim entuzjazmem. Nie każdy miał możliwość wyjazdu do Rzymu, a większości nawet się o tym nie śniło. Takie były czasy. Byłem w tamtym czasie alumnem Wyższego Seminarium Archidiecezji w Lubaczowie z siedzibą w Lublinie (dla wyjaśnienia: po 1945 roku w granicach Polski pozostał tylko niewielki fragment Archidiecezji Lwowskiej, noszący wspomnianą nazwę), a Lubaczów zamierzał się przygotować po swojemu do wizyty papieskiej i do Kongresu Eucharystycznego. Ponieważ księży w diecezji było w sumie ok. siedemdziesięciu, a alumnów ok. czterdziestu, dlatego również klerycy mieli możność uczestniczenia w konferencjach w Kurii z udziałem księży dziekanów. Podczas jednej z takich konferencji kapłańskich biskup Marian Jaworski powiedział, że zależałoby mu, aby w ramach diecezjalnego Kongresu Eucharystycznego uczcić w jakiś sposób pamięć arcybiskupa Eugeniusza Baziaka, który był w 1958 konsekratorem ks. Karola Wojtyły na biskupa. Akurat w 1987 roku miała przypaść 25 rocznica śmierci arcybiskupa Baziaka, który po wypędzeniu ze Lwowa, osiadł w Archidiecezji Krakowskiej, gdzie po kardynale Sapiesze był administratorem apostolskim. Ja wpadłem na pomysł by wydać pismo okolicznościowe, co chętnie poparł  i kanclerz kurii i rektor WSD. Byłem nieświadom czekających mnie trudności. Zebrałem materiał, zrobiłem dwa wywiady z bardzo leciwym wtedy ks. prof. Władysławem Poplatkiem, który pomimo swojego wieku miał genialną pamięć oraz z biskupem Antonim Adamiukiem z diec. opolskiej, pochodzącego z Archidiecezji Lwowskiej i inne materiały dokumentalne. Następnie postarałem się o pismo pozwalające mi na pobór papieru z Kurii w Lubaczowie (papier był wtedy przez państwo reglamentowany), stamtąd przewiozłem pożyczoną „nyską” do Lublina do Wydawnictwa Diecezji Lubelskiej, składu dokonało Wydawnictwo KUL-u, a potem blachy przekazałem z powrotem do wydawnictwa diecezjalnego. Uff… Przedtem jednak musiałem pokazać pierwszy wydruk cenzorowi. Ponieważ Kuria w Lubaczowie podlegała administracyjnie pod Przemyśl, dlatego musiałem przebyć pociągiem odległość ponad dwustu kilometrów, by dostać się tam do Urzędu Cenzury (to był chyba marzec 1987 roku). Cenzor był na tyle uprzejmy, że przeczytał całość tekstu tego samego dnia i poza wykreśleniem kilku słów nie ingerował zbytnio. Mogłem wrócić tego samego dnia z pieczątką i pozwoleniem na druk do Lublina. Była to mniej więcej godzina 22.30. Przyjechałem skonany i głodny. Drzwi otworzył mi ks. rektor Jan Jagodziński. Powiedział, że w kuchni została dla mnie kolacja i żebym jeszcze przyszedł do jego gabinetu na rozmowę.  Gdy przyszedłem, ks. rektor miał jakąś uroczystą i radosną zarazem minę. W pewnej chwili zapytał: „ I jak się udał pobyt w Urzędzie Cenzury?” Opowiedziałem pokrótce, że odbyło się wszystko bez większych problemów i że od razu dano mi zezwolenie na drukowanie jednodniówki „Arcypasterz”. Wówczas zażartował, że „ostatnio mi wszystko dobrze idzie: i debiutancki tomik wierszy i teraz jednodniówka!”. Po czym oznajmił mi: „Ty się już szykujesz do naszego diecezjalnego Kongresu Eucharystycznego, który na pewno będzie  po wakacjach, ale trzeba się jakoś przygotować do Kongresu z udziałem Papieża, bo… przecież 9 czerwca będzie Ojciec Święty w Lublinie! I masz się przygotować (tu tajemniczy uśmiech)… Już chyba wiesz, że Ojciec Święty będzie w Lublinie udzielał święceń kapłańskich? Ksiądz Biskup Marian i ja wybraliśmy ciebie, żebyś jako reprezentant naszej archidiecezji przyjął święcenia z rąk Jana Pawła II. I co ty na to?”. Zamurowało mnie, niedowierzałem tym słowom, które usłyszałem. Przez chwilę milczałem. Dziesiątki myśli mi się tłoczyły do głowy, raz radość, raz zdziwienie, raz zachwyt, znowu potem niedowierzanie. Chyba musiało to dziwnie się przesuwać po mojej twarzy, bo rektor serdecznie mnie uścisnął za ramię i powtórzył: „Wyrażasz zgodę?”. Odparłem z radością: „Tak! Jestem bardzo szczęśliwy! Ale przecież nie mam jeszcze diakonatu, jeszcze nie było nawet rozmowy na ten temat, a tu od razu święcenia kapłańskie…”. Nie obawiaj się – odparł rektor -  napiszemy do Watykanu o dyspensę od zachowania czasu między diakonatem a święceniami kapłańskimi, a święcenia diakonatu otrzymasz z twoimi czterema kolegami - Czesławem, Krzysztofem, Jerzym i Tadeuszem -  w Wielki Czwartek z rąk ks. biskupa Mariana Jaworskiego w konkatedrze w Lubaczowie”. Byłem tak oszołomiony szczęściem, że przeskoczyłem dwoma skokami schody na drugie piętro do siebie, a za chwilę potem na dół, gdzie znajdowała się kaplica. Aż się zainteresował tym hałasem w środku nocy ks. prefekt. W kaplicy siedziałem w ciemności, wpatrując się tylko w płomyk wieczystej lampki przy Najświętszym Sakramencie, która rzucała też światło w zaledwie zarysowaną postać Matki Bożej z Dzieciątkiem na obrazie. Wobec Pana stać mnie było tylko na słowo „dziękuję” i na słowa skruchy, bo nie czułem się godny... To była moja modlitwa. Na niedzielę pojechałem do domu by oznajmić tę radosną wieść moim rodzicom, gdyż w tamtych czasach (przecież nieodległych) mało kto był w posiadaniu telefonu. Jechałem do domu z myślą, że jest to od Pana Boga prezent głównie dla moich skromnych rodziców, za ich oddanie wobec Chrystusa. Jeśli napomknę, że moi rodzice nigdy nie opuścili w swoim długim życiu spotkania z Chrystusem w niedzielnej Eucharystii, to to oddaje miarę ich ducha i ich wiary. Jak się spodziewałem, oboje rodzice bardzo się ucieszyli, ale mama zaraz dodała: „czy Ty zdołasz Panu Bogu się za to odwdzięczyć?”. Moich rodziców nie było stać na pychę ani wyniosłość nawet w takim momencie. Za to ich kochałem! I tak zaczęły się przygotowania do diakonatu w Lubaczowie (kwiecień 1987) i do święceń kapłańskich w Lublinie (czerwiec 1987). Po drodze wykłady, egzaminy… Byłem wówczas studentem piątego roku studiów, a przede mną jeszcze był rok szósty.

Odsłona trzecia...

Przed święceniami wszyscy kandydaci odbywali rekolekcje. Z mojego roku studiów z KUL do święceń z rąk Jana Pawła II zostali wybrani Andrzej Derdziuk (kapucyn), Janusz Kobierski (marianin), Sławomir Laskowski (diec. lubelska), Bogdan Drozd, Andrzej Sroka i Mirosław Trojanowski (grekokatolicy) i ja. Wszyscy, oprócz Andrzeja Derdziuka odbyliśmy wspólne rekolekcje w domu rekolekcyjnym w Klemensowie koło Zamościa. Dom mieścił się w dawnym pałacu Zamoyskich, położonym w przepięknym kilkuhektarowym parku, wypełnionym starodrzewiem liczącym sobie po dwieście i trzysta lat. Miejsce było wyjątkowe. Nauki prowadził nieodżałowany ojciec duchowny Seminarium Lubelskiego ks. dr Stanisław Mojek (zmarł nagle w 2004 roku w wieku 55 lat). Konferencje odbywały się w małej kaplicy w budynku pałacu, a Msze św. w kościele parafialnym przyległym do pałacu, urządzonym w dawnej oranżerii. Różaniec i drogę krzyżową odprawialiśmy w alejach parku. Piękno przyrody, wspaniała ciepła pogoda, tajemnicza wyniosłość pałacu, koncerty urządzane przez ptaki – wszystko było niebywałym tłem dla naszych duchowych ćwiczeń. Byliśmy w doskonałym duchowym stanie, na tyle, że kiedy podczas odmawiania jednego z psalmów był tekst mówiący o radości, to taka ogarnęła nas nieodparta radość, że musieliśmy odłożyć dalszą modlitwę psalmami na godzinę. Nie mogliśmy w żaden sposób zahamować śmiechu. Śmiał się z nami i o. Stanisław. Nauki były bardzo mądre i bogate w treść. Zapamiętałem jak ojciec nas zachęcał, abyśmy w kapłaństwie odkryli, że jesteśmy powołani przez Jezusa, że On jest wierny człowiekowi; zachęcał abyśmy pozostali Jego przyjaciółmi, abyśmy pracowali dla Królestwa z entuzjazmem i oddaniem. Te mądre słowa zanotowałem i trzymam wśród swoich notatek. W tym samym pałacu mieścił się też Dom Opieki prowadzony przez siostry Franciszkanki Misjonarki Maryi. Siostry franciszkanki były niezmiernie pogodne i serdeczne. W kuchni wszystko było smaczne, świeże, gdyż pochodziło z gospodarstwa prowadzonego przez zakon. Kulminacją rekolekcji był wieczór czuwania modlitewnego w wigilię Zesłania Ducha Świętego. Czuwaliśmy chyba tylko do pierwszej godziny w nocy, bo rano trzeba było wstać na  rozmyślanie i wspólny brewiarz. Byliśmy przecież już diakonami, a diakon ma obowiązek modlić się brewiarzem za Kościół i w jedności z całą rodziną odkupionych.  Jakżeż każdy z nas przeżywał ów ostatni wieczór rekolekcji, jak bardzo prosił Ducha Świętego o Jego dary, widać to było po wielkim wyciszeniu i długich medytacjach w kaplicy. To było niezwykłe, że akurat  nasze kapłaństwo związało się z tajemnicą osoby Ducha Świętego Pocieszyciela. To było ważne, przynajmniej dla mnie, bo od święceń nie ustawałem Go prosić, aby mnie kształtował: moje uszy by słyszały, oczy by widziały, umysł by poznawał czas nawiedzenia, serce by potrafiło kochać - na wzór Chrystusa. Dziś jako kierownik Katedry Personalizmu Chrześcijańskiego mam przywilej kontynuować myśl personalistyczną, której głównym propagatorem był Jan Paweł II; dziś mogę posługiwać charyzmatami, z których pierwszy został mi udzielony wraz z sakramentem święceń.

Odsłona czwarta…
Styczeń 1988 roku. Od 13 grudnia 1987 roku pracowałem jako wikariusz w par. św. Stanisława biskupa w Lubaczowie, czyli w Konkatedrze. Na 2 lub 3 dni po święcie Epifanii zadzwonił do mnie sekretarz biskupi ks. Marian Buczek (aktualnie biskup pomocniczy na Ukrainie), że ks. biskup Marian Jaworski (aktualnie kardynał i arcybiskup archidiecezji Lwowskiej) chciałby ze mną porozmawiać. „Czy mam czas?” – zapytał. Odpowiedziałem twierdząco. W jakieś dwadzieścia minut później przyjechał ks. Biskup swoim samochodem (fiatem 126p z kierownicą przystosowaną dla niego, gdyż nie posiadał jednej ręki) i pojechaliśmy na spacer do lasu w Borowej Górze, ok. 5 kilometrów od Lubaczowa. Ks. Biskup zabrał ze sobą też na spacer swojego czarnego psa, który siedział na tyle auta. W czasie spaceru Biskup zaczął od wstępu, że  był przed świętami u Ojca świętego i poczynił pewne starania by mnie wysłać na studia do Rzymu. „I co ksiądz na to?” – zagadnął. Odpowiedziałem, że jestem mile zaskoczony tą propozycją i że pasjonuję się teologią i literaturą, ale nie wiem czy mam pasję naukową, którą rozumiem jako pasję badawczą... Biskup odpowiedział na to, że przy ciekawości świata, jeśli ją mam, pasja badawcza sama przyjdzie z czasem, następnie dodał, że chciałby, abym studiował prawo kanoniczne pod kątem przyszłej pracy nad procesem beatyfikacyjnym biskupa Józefa Bilczewskiego.  Zapytany o moją opinię, odrzekłem że chciałbym kontynuować teologię, ewentualnie filozofię pod kątem personalizmu Karola Wojtyły. Wówczas ks. Biskup powiedział: „Ponieważ Ojciec Święty księdza wyświęcił na kapłana, tym samym mnie księdza zabrał (tu serdecznie się zaśmiał), to proszę to studiować, co księdza zbliży bardziej do osobowości Papieża i jego myśli. Ma ksiądz wolną rękę w wyborze kierunku i uniwersytetu”. Rzeczywiście, był to niezwykły przywilej, bo wielu z moich kolegów w Rzymie studiowało te kierunki, na które zostali wysłani, a na które było zapotrzebowanie w ich diecezjach. Ja miałem w pełni otwartą drogę do samorealizacji i to właśnie dzięki promieniowi wielkiej osobowości Papieża. Z czasem wybrałem Angelicum, na którym Karol Wojtyła zrobił doktorat, a studia teologiczne połączyłem z filozoficznymi na bazie personalizmu. Pracę doktorską pisałem pod kierunkiem świątobliwej i mądrej kobiety, pani profesor Nelli Filippi. Recenzentem był o. prof. Edward Kaczyński, człowiek wielkiego formatu, który na moim doktoracie występował po raz pierwszy oficjalnie w roli nowego rektora Angelicum.  

Odsłona piąta…
1 września 2004 roku byłem na audiencji w auli Pawła VI w Watykanie z tzw. Grupą Papieską złożoną z alumnów Seminarium Metropolitalnego w Lublinie wraz z prorektorem seminarium, ks. Januszem Stępniakiem. Skontaktowałem się wcześniej z moim przyjacielem ze studiów w Lublinie i w Rzymie, ks. Mieczysławem Mokrzyckim, kapelanem Ojca Świętego, który umożliwił nam spotkanie z Janem Pawłem podczas audiencji generalnej. Ojciec Święty był niezwykle chory i zmęczony. Z trudem podnosił głowę by spojrzeć nam w oczy. Zanieśliśmy pozdrowienia z Lublina i z Uniwersytetu. Jego cierpienie i cierpliwość zarazem napełniły nas współczuciem i zmobilizowały do intensywniejszej modlitwy. Po powrocie do Santa Severa, siedziby „Rycerza Niepokalanej” (dla Polonii), gdzie mieszkaliśmy, dzieliliśmy się doświadczeniami i przeżyciami, a we Mszy św. modliliśmy się o łaskę zdrowia dla Papieża. Przeczuwaliśmy, że choroba się nasila i może doprowadzić do śmierci. Ja postanowiłem wówczas w sercu, że niezależnie kiedy to się stanie, muszę być przy ostatnim pożegnaniu mojego Ojca w wierze, tego, który mi udzielił łaski kapłaństwa. Po niedługim czasie zaczęły się pojawiać coraz częstsze komunikaty o pogarszającym się stanie zdrowia Ojca Świętego. I nadszedł 2 kwietnia 2005 roku … ten bolesny dzień rozstania z Ojcem, którego miłość płynącą z wiary odczuwał prawie każdy! Nie zastanawiałem się. Już w niedzielę Miłosierdzia Bożego mieliśmy zebraną małą grupkę znajomych z KUL na jeden bus. Rano w poniedziałek zagadnęli mnie studenci z organizacji studenckich na KUL, samorządu i NZS czy nie zechciałbym z nimi pojechać jako duchowy opiekun i czy nie pomógłbym im w zorganizowaniu noclegów w Rzymie. Chętnie wyraziłem zgodę. Wieczorem okazało się, że jest już zapisanych 450 osób i gotowych 11 autokarów. Przeraziłem się myślą, jak załatwić nocleg dla tylu osób? We wtorek dołączyli pracownicy administracyjni KUL z prośbą o pomoc w zorganizowaniu noclegu dla kolejnych 70 osób. Wszystko się udało! Przyjaźniłem się z rektorem Uniwersytetu Salesianum, profesorem Mario Toso i zadzwoniłem do niego rano we wtorek. Naradził się z innymi profesorami, zwłaszcza polskimi salezjanami i do południa miałem pozytywną odpowiedź, udostępniającą sale Uniwersytetu dla naszej potężnej grupy. I mogliśmy się udać na uroczystości do Rzymu. Straszono w środkach masowego przekazu, że nikt się nie dostanie do miasta, a my tak wielką grupą (chyba największą grupą zorganizowaną z Polski) dostaliśmy się autokarami do samego Rzymu. Rzymianie byli wspaniali, bardzo uczynni i uprzejmi! Na placu Św. Piotra spotkaliśmy wielu profesorów i władze Uniwersytetu. Pominiemy tu opis szczegółów tamtych wydarzeń. Poprzez naszą obecność i modlitwę podziękowaliśmy Ojcu Świętemu jako Uniwersytet (już od 4 kwietnia decyzją Senatu Uniwersytet Jana Pawła II!) za posługę na naszym Uniwersytecie jako profesora, za Jego życie i za posługę apostolską podczas Jego wizyty w Lublinie. Podczas Mszy św. pogrzebowej odczuliśmy mocne światło z Nieba, wielkie działanie Ducha Świętego. W mojej duszy zapisało się to doświadczenie z placu Świętego Piotra jako nowa Pięćdziesiątnica: wielkie wylanie Ducha Świętego na Kościół i na świat.


ks. prof Krzysztof Guzowski, Katolicki Uniwersytet Lubelski Jana Pawła II w Lublinie

Zobacz także

Nadpłata czy manko? ZUS informuje przedsiębiorców

Dodane: 2020-01-17 10:53 - Komentarze  (0)  czytane (155)

TAGI: zus biłgoraj, zakład ubezpieczeń społecznych, skłądki zus, stan konta zus



Komentarze (0)

Uwaga: Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Za wypowiedzi naruszające prawo lub chronione prawem dobra osób trzecich grozi odpowiedzialność karna lub cywilna. IP Twojego komputera: 3.95.139.100

Dodaj komentarz

UWAGA!
Formularz dodawania komentarzy wymaga włączenia obsługi plikow cookies (ciasteczek), zapisywanych
i odczytywanych z Twojego urządzenia - jeśli chcesz dodać komentarz, włącz ciasteczka, odśwież stronę i spróbuj ponownie...


Telewizja

Koncert Laureatów Festiwalu "Gaudium"

Studniówka ZSL - 2020

Kolędy w wykonaniu scholi Kanaan

Opłatek władz Powiatu Biłgorajskiego

Charytatywnie dla Piotra Kozaka

Wieczór kolęd wschodniosłowiańskich

Konkursy

Zobacz więcej Dodaj

Promocje

Przeczytaj kolejną wiadomość:

Ukochane Barwy

2 maja - dzień flagi narodowej. Flaga, godło narodowe i hymn to obok tradycji, historii, kultury i języka podstawa świadomości narodowej...