Strona startowa

Wiadomości - Aktualności

Ludobójstwo, które nie poszło w zapomnienie

Dodał: red Data: 2018-07-05 12:35:33 (czytane: 1186)

O ostatnim, tragicznym epizodzie Bitwy pod Osuchami, niezwykle bolesnym i równie przerażającym, jak sam bój, rozegranym w siedzibie niemieckiego Gestapo w Biłgoraju i zakończonym rankiem 4 lipca 1944 roku, egzekucją w lesie na Rapach k/Biłgoraja, niespełna na trzy tygodnie przed wyzwoleniem - pisze regionalista, Piotr Flor.

Biuro Rachunkowe BIURGAW Jan Gawda - rozliczenia podatkowe, księgowość, doradztwo, podatki
www.biurgaw.ns24.net,Biuro rachunkowe, Jan Gawda, Biurgaw, rozliczenia, księgi podatkowe, biłgoraj, księgowy, księgowy biłgoraj,

Ul. Komorowskiego 3 /pokój 113 i 115/ I piętro. 23-400, Biłgoraj

P.W. EKO-SYSTEM - JAN LESIAK
www.ekosystem-lesiak.pl,Roboty wodnokanalizacyjne, drogowe, ogólnobudowlane,  Niwelacje terenu, fundamenty, Wynajem sprzętu budowlanego, Doradztwo w zakresie przepisów ochrony środowiska, oczyszczalnie przydomowe, oceny środowiskowe

Szozdy 11. 23-407 , Tereszpol



Do aresztowań wszystkich partyzantów, którzy 4 lipca 1944 roku opuścili już na zawsze nie tylko sam budynek Gestapo, przyczyniło się z pewnością niepowodzenie Niemców w trakcie pierwszej bitwy partyzanckiej, stoczonej w ramach akcji „Wicher I” w dniach 13 - 14 czerwca w Lasach Janowskich na tzw. Porytowym Wzgórzu, z dobrze uzbrojonym polsko - radzieckim zgrupowaniem. Albowiem nie tylko go wtedy nie rozbili, lecz także ponieśli jeszcze dotkliwe straty, gdyż poległo tam przynajmniej 500 żołnierzy niemieckich, a ponad 1250 zostało rannych. Dodatkowo oddziały Armii Ludowej, wraz z partyzantami radzieckimi, z pomocą przewodników, (m.in. Antoniego Nowosada ps. „Murzyn” z oddziału Narodowej Organizacji Wojskowej, scalonej z Armią Krajową, pod dowództwem Franciszka Przysiężniaka ps. „Ojciec Jan”), wydostały się prawie w całości z okrążenia. 

Wzbudziło to ogromną wściekłość okupanta, który w odwecie ujętych po bitwie osamotnionych i zabłąkanych obrońców, razem z ludnością cywilną, uciekającą przed pacyfikacją Gminy Huta Krzeszowska, zapędził do prowizorycznego obozu jenieckiego w Harasiukach. Tam Niemcy rozstrzelali od razu około 40 żołnierzy polskich i radzieckich oraz 60 osób cywilnych, a tych którzy cudem pozostali przy życiu, eskortowali do obozu przejściowego, obok budynku Gestapo w Biłgoraju. W międzyczasie dostał się niestety do niewoli cały kurs Młodszych Dowódców Piechoty AK mjr. Biedzińskiego ps. „Żbik”, w liczbie 16 osób, zorganizowany w okolicach Huty Krzeszowskiej, przy oddziale por. Bolesława Ostrowskiego „Lancy”, który dosłownie w ostatniej chwili wycofał się stamtąd przed zaciśnięciem pierścienia okrążenia. Nierozformowany w porę, wskutek niezdecydowania dowódców, będąc słabo uzbrojonym oraz niemal bez amunicji, podjął on próbę przeczekania tej nawały w jednym ze schronów koło wsi Gózd Huciański. Jednak został przypadkowo odkryty przez Kałmuków. Z tej grupy świeżych kaprali, aż 15 osób, razem z Wandą Wasilewską ps. „Wacek”, żoną pchor. Konrada Wasilewskiego ps. „Zadra”, po przesłuchaniu w Harasiukach, przewieziono pod silną strażą do tutejszego więzienia Gestapo, gdzie okrutnie torturowane czekały z nadzieją na swe odbicie.

Najbardziej dręczono Wandę Wasilewską, ponieważ gestapowcy liczyli, że jako kobietę, prędko ją złamią. Tymczasem ona nie zdradziła nikogo do końca, a skokiem z pierwszego piętra tego budynku chciała nawet popełnić samobójstwo, by tylko nie ujawnić tajemnicy, co częściowo jej się udało, gdyż do dnia egzekucji nie odzyskała już świadomości. Jak możemy łatwo zauważyć pierwsi więźniowie, liczący w większości od 18 do 22 lat, pochodzący z kilku różnych miejscowości wokół Krzeszowa, stanowili aż jedną czwartą tutejszych skazańców. Oprócz nich został aresztowany wkrótce także ks. Jan Klukaczyński z Momot Górnych, rektor miejscowego kościółka, a przy tym kapelan AK w latach 1943 - 1944, rodem z Koła niedaleko Poznania, którego wojna zaprowadziła w te strony. Został on skazany na śmierć na podstawie zdjęcia, jakie przez przypadek dostało się w ręce Gestapo, przedstawiające pogrzeb jakiegoś partyzanta, odprawiany przez tego duchownego w lesie, aczkolwiek blisko od jego kościoła. (Niemcy nie wiedzieli wcale, że to on przyjmował przysięgę od żołnierzy tamtejszego ruchu oporu).

flor_piotr.JPG

Kolejni aresztanci trafili tutaj równie nieszczęśliwie, bo pierwszy wprost ze szpitala biłgorajskiego (Czesław Wasilewski), drugi zaś bezpośrednio ze swojego domu we wsi Ciosmy (Jan Jachosz), a jeden z nich siedział w tym więzieniu już od lutego 1944 roku (Michał Kotulski). Nie udowodniono mu winy, ale i tak został skazany na śmierć, tyle że nie „za przynależność do partyzantki”, a „za sprzyjanie bandytom”. Ponieważ pierwsza akcja niemiecka nie przyniosła rezultatu, w celu rozbicia jeszcze silniejszego zgrupowania partyzanckiego w lasach Puszczy Solskiej, okupant tymi samymi siłami przystąpił już 21 czerwca do kolejnych działań zbrojnych przeciw oddziałom leśnym, określanych jako „Wicher II”.

Tym razem w pierścieniu okrążenia znalazło się wiele oddziałów 9 pp AK Ziemi Zamojskiej, tj. por. Józefa Steglińskiego „Corda”, ppor. Jana Kryka „Topoli”, por. Konrada Bartoszewskiego „Wira” oraz pluton pchor. Ryszarda Siwińskiego „Korczaka”, a także Kompania Sztabowa Inspektoratu Zamojskiego por. Adama Haniewicza „Woyny”, Obsługa Szpitala Leśnego 665 i kilka oddziałów Batalionów Chłopskich, w tym mjr Stanisława Basaja „Rysia” (pod dowództwem plut. Antoniego Warchała „Szczerby”), plut. Jana Kędry „Błyskawicy”, plut. Antoniego Wróbla „Burzy”, plut. Józefa Mazura „Skrzypika”, ponadto partyzanci ludowi i radzieccy, którzy bez porozumienia się z nimi wydostali się po raz drugi samotnie z kotła. Po narzuceniu zgrupowaniu AK przez Niemców walki w najmniej dogodnych warunkach, czyli nad rzeką Sopot koło Osuch, poległo w niej 25 czerwca 1944 roku aż kilkuset żołnierzy AK i BCh, wraz z ich dzielnymi dowódcami (mówi się nawet o 650 zabitych), a wielu żołnierzy w ciągu trzech następnych dni, po dokładnym przeczesaniu całego terenu, dostało się do straszliwej niewoli. Ujętych po bitwie konwojowano najpierw do placówek Gestapo w Borowcu i Osuchach, gdzie metodami powszechnie stosowanymi wobec bezbronnych więźniów poddawano ich wstępnym przesłuchaniom, niektórych od razu zabijano, a innych zmaltretowanych (sprzączkami skórzanych pasów wojskowych lub metalowymi pałkami), wieszano jeszcze za kończyny na drzewach.

Tych, którzy to przetrzymali, zapędzono następnie boso, by w ten sposób dodatkowo ranili sobie stopy, do obozu w Tarnogrodzie. Kto ustawał w tej drodze, natychmiast ginął. Dopiero po tych męczarniach skierowano ich następnie do Biłgoraja, do którego docierali bardzo często także na własnych nogach. Do więzienia Gestapo w Biłgoraju, z osób, jakie przeżyły to piekło, dostało się po drugiej akcji przeciw partyzanckiej co najmniej 8-miu żołnierzy ppor. „Corda”, dwóch z I Kompanii Sztabowej Inspektoratu Zamojskiego AK por. „Woyny”, 7-miu z oddziału „Topoli”, jeden z Kursu Młodszych Dowódców Piechoty por. „Wira”, tak samo z oddziału BCh „Rysia”, 5-ciu z oddziału BCh „Błyskawicy” i 3 z oddziału BCh „Burzy” oraz przynajmniej kilkunastu o nieustalonej dotąd przynależności. Wielu z nich miało poniżej 25 lat. Pochodzili z Babic, Borowca, Łukowej, Osuch, Rudy Różanieckiej, Różańca, Zamchu, Aleksandrowa i Józefowa, a także z Biłgoraja, Biszczy, Dąbrowicy, Frampola, Puszczy Solskiej, Rap, Soli, Tereszpola oraz Woli. Razem z ujętymi wcześniej partyzantami zostali wspólnie skazani na karę śmierci. Zanim jednak do niej doszło musieli wycierpieć jeszcze wiele tortur. Najgorsze były dopiero przed nimi.

Reklama.

Jest wtorek 4 lipca 1944 roku, godzina 4.19. Zaczyna wschodzić słońce. Przez bramę, która znajdowała się dokładnie w tym miejscu, gdzie obecna ul. Wandy Wasilewskiej łączy się z ul. Tadeusza Kościuszki, wjeżdżają do obozu przejściowego w Biłgoraju samochody ciężarowe. Nieco wcześniej, bo ok. 3.30 odczytano już wyrok skazanym na śmierć partyzantom, uznający ich, wbrew postanowieniom konstytucji genewskiej, za bandytów. A wszystko po to, by niemieccy kaci mogli do końca wyładować cale swoje zezwierzęcenie na bezbronnych i zmaltretowanych ludziach. Warto wiedzieć, że zwyrodnialcy spod znaku swastyki hitlerowskiej, by stać się jeszcze bardziej okrutnymi i bezwzględnymi mordercami, zagłuszyli wcześniej resztki swojego człowieczeństwa sporą ilością alkoholu. Krzyczą więc i popędzają więźniów, traktując ich jak zwierzęta przeznaczone na rzeź. Za chwilę każdemu ze skazanych, pozbawionemu częściowo odzienia, powiążą drutem ręce na wysokości nadgarstków i nastąpi ich załadunek na ciężarówki.

Ale najpierw Niemcy podzielą wszystkich na dwie grupy po trzydzieści osób, by w ten sposób mieć pełną kontrolę nad nimi, po czym każą im wchodzić na samochody wojskowe po pięciu na raz, by dodatkowo wiązać ich razem ze sobą, na wypadek ucieczki. Wśród oprawców znajduje się m.in. szef Gestapo w Biłgoraju Waldemar Trautwein, jego zastępca, a przy tym zbrodniarz wojenny Robert (ewentualnie Roman) Kolb, komendant obozu Karl Ihrle, a także nie mniej bezlitośni Leon Arendt oraz Aron. W tym zamieszaniu jedną z takich piątek krępują zbyt niedbale. Zupełnie przypadkowo tworzą ją: Zygmunt Hanas ps. „Wilczur”, Piotr Kaczmarczyk vel Kaczmarek ps. „Olcha”, Jerzy Dzieduszko ps. „Zając” i dwaj żołnierze z oddziału poległego pod Osuchami por. Józefa Steglińskiego ps. „Cord”, tj. Józef Kanty ps. „Nowy” oraz Jan Dzido ps. „Jaskółka”. Niektórzy mają jeszcze nadzieję, że jakoś ujdą z życiem, że to jeszcze nie koniec. Nie ma już wśród tych skazanych Wandy Wasilewskiej, gdyż Niemcy wywieźli ją razem z kilkoma innymi partyzantami co najmniej tydzień wcześniej do lasu na Rapach, gdzie potajemnie ich zamordowali. Brakuje tu także ujętego z bunkra Zbigniewa Sobieszczańskiego ps. „Piorun”, którego Niemcy przekazali szybko oprawcom z Zamościa, a ci dokładnie 20 lipca 1944 roku, a więc prawie dwa tygodnie po zbrodni pod naszym miastem, również pozbawili go życia.
 
Z całej szesnastki kursu Młodszych Dowódców Piechoty AK zdołał szczęśliwie zbiec jeszcze po drodze do Biłgoraja jedynie Zbigniew Laszko ps. „Leszek”, należący do sekcji łączników Komendy Obwodu Biłgorajskiego AK, dzięki czemu uniknął ich straszliwego losu. Po załadunku pierwszej grupy więźniów, samochód opuszcza teren obozu przylegającego do budynku Gestapo. Wkrótce pojedzie za nim druga zapełniona ciężarówka. Konwój śmierci kieruje się w tej chwili do przygotowanej w wielkiej tajemnicy mogiły dla nich, a w zasadzie zwykłego dołu, głębokiego na 2 metry, wykopanego w lesie na Rapach.

Zanim samochody, wiozące skazanych na śmierć, dotarły do tego lasu, doszło w międzyczasie do uwolnienia się kilku więźniów i ich brawurowej ucieczki. Zdecydowali się na nią trzej partyzanci z tej samej piątki, którą Niemcy pod budynkiem Gestapo w pośpiechu niezbyt dokładnie powiązali. Pierwszy wyskoczył Zygmunt Hanas ps. „Wilczur”, za nim zrobili to samo Piotr Kaczmarczyk ps. „Olcha” oraz Jerzy Dzieduszko ps. „Zając”. Niestety oprawcy szybko się zorientowali i posypały się serie z broni maszynowej. Piotr Kaczmarczyk i Jerzy Dzieduszko zostali trafieni śmiertelnie, ale uciekł katom w głąb lasu, mimo rany postrzałowej, Zygmunt Hanas. Nie wiemy dlaczego pozostali więźniowie, którzy także mieli rozwiązane ręce, nie zdecydowali się na ratowanie życia. Być może strach, wycieńczenie oraz myśl o kolejnym maltretowaniu przeważyła w tym momencie. Na miejsce zbrodni ciała obu poległych żołnierzy AK przyciągnął służbowym samochodem gestapowiec Arendt, ciągnąc je za nogi, bez jakiegokolwiek szacunku dla zwłok poległych. Widzimy teraz jak przywiezionych partyzantów Niemcy pędzą od razu do wykopanego dołu, zadając im po drodze dotkliwe ciosy ze wszystkich stron, nie tylko kolbami swych karabinów, lecz także podkutymi butami żołnierskimi.

Przyczynia się to do połamania im nosów, szczęk dolnych i górnych, żeber, kończyn, a nawet do rozbicia czaszek. Ich ból staje się z każdą minutą jeszcze większy. I tak będzie do momentu, aż wszyscy pojmani po bitwie, wraz z wcześniej uwięzionymi, znajdą się we wspólnym grobie. Najgorsze jest to, że czekający na swoją kolej widzą przerażający los tych, co idą przed nimi. Po prostu piekło na ziemi. Zapewne dopiero po bestialskim pobiciu i zapędzeniu partyzantów do wykopanego dołu hitlerowscy zbrodniarze dokonali ich rozstrzelania, stojąc wokół ich zmasakrowanych ciał, po czym zamaskowali tę leśną mogiłę, by ów mord nigdy nie został odkryty.

Chwała zamordowanym! Obyśmy zawsze pamiętali o ich męczeństwie!

Piotr Flor
Członek Nadzwyczajny ŚZŻAK Okręg Zamość Rejon Biłgoraj
i prezes BTR


Tagi: mord partyzantów w lesie rapy   74. rocznica niemieckiej zbrodni   rozstrzelanie partyzantów na rapach   piotr flor

Zobacz także

Europejski Dzień bez Samochodu (FOTO)

Dodane: 2018-09-21 19:17 - Komentarze  (0)  czytane (410)

TAGI: europejski dzień bez samochodu, rower biłgoraj, osir biłgoraj, rowerzyści biłgoraj



Komentarze (1)

Uwaga: Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Za wypowiedzi naruszające prawo lub chronione prawem dobra osób trzecich grozi odpowiedzialność karna lub cywilna. IP Twojego komputera: 54.80.96.153

Jan (2018-07-06 09:16:46)

KSIĄŻEK coś ty robił w latach 70-80 bo z tego co wiem to byłeś po tamtej stronie jak Jagusiewicz

Dodaj komentarz

UWAGA!
Formularz dodawania komentarzy wymaga włączenia obsługi plikow cookies (ciasteczek), zapisywanych
i odczytywanych z Twojego urządzenia - jeśli chcesz dodać komentarz, włącz ciasteczka, odśwież stronę i spróbuj ponownie...


Telewizja

79. rocznica sowieckiej agresji na Polskę

Dożynki Powiatu Biłgrajskiego - Księżpol 2018

75. rocznica wysiedlenia Bukowiny

Wspólny koncert pieśni żołnierskich

Tytoniaki 2018 - gwiazdy wieczoru Ostrowska, Bednarek i Martyniuk

Muzyka i taniec sąsiadów

Konkursy

Voucher do food trucka
Zobacz więcej Dodaj

Promocje

Przeczytaj kolejną wiadomość:

Uwaga Wnioskodawcy! Pilotażowy program Aktywny Samorząd na 2018 rok

Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie w Biłgoraju uprzejmie informuje, że osoby niepełnosprawne z terenu Powiatu Biłgorajskiego w 2018...